A król bardzo się zasmucił, ale przez wzgląd na przysięgę i na biesiadników nie chciał jej odmówić. Zaraz też król posłał kata i polecił przynieść głowę Jana. Ten poszedł, ściął go w więzieniu i przyniósł głowę jego na misie; dał ją dziewczynie, a dziewczyna dała swej matce. (Mk 6, 26-28)
Tragedia Heroda nie zaczęła się w momencie wydania wyroku, ale znacznie wcześniej – w chwili, gdy pozwolił, by jego „wewnętrzny kompas” został rozregulowany przez pychę i lęk przed opinią innych. Przysięga, która z założenia ma być aktem świętym i wiążącym w dobrym, stała się w jego ustach pułapką. Herod poczuł się niewolnikiem własnych słów, zapominając, że żadna obietnica złożona człowiekowi nie może stać ponad Bożym przykazaniem „Nie zabijaj”.
Warto zadać sobie pytanie o własną hierarchię wartości. Czy zdarza mi się trwać w błędnych decyzjach tylko dlatego, że „głupio mi się wycofać” przed znajomymi? Czy lęk przed oceną „biesiadników” mojego życia – współpracowników, rodziny czy środowiska – nie zagłusza we mnie głosu sumienia?
Dotrzymywanie słowa jest cnotą, ale tylko wtedy, gdy służy dobru. Jeśli obietnica prowadzi do zła, jej wypełnienie nie jest wiernością, lecz brnięciem w grzech. Dzisiejsza Ewangelia uczy nas, że musimy dbać o czystość naszego kompasu moralnego, by w chwilach próby potrafić odróżnić źle pojęty honor od rzeczywistego dobra. Prawdziwa wolność to umiejętność wycofania się ze złej drogi, nawet za cenę utraty twarzy w oczach świata.
Panie, daj mi odwagę słuchania sumienia bardziej niż ludzkich opinii.